A+ A-
    Wydawnictwo Oficyna

    Wstawki

     

    Strona główna
    Wydawnictwo Oficyna Kompozytorzy Dziennik MuzycznyPiosenki Artykuły Recenzje Instytut Neuronowy Do pobrania Krótki opis Kontakt
    Poprzednia

    Wstawka numer 152

    Koszalin, 16. lutego Roku Pańskiego 2026.

     

    Kosalibris

     

    Wróćmy z salonów jelit krajowych na nasze własne podwórko. W Ko­szalinie odbyła się imprezka a ściślej wernisaż wystawy z konkursu na eksli­bris z okazji 760 rocznicy założenia miasta. Pomijając już to, że bieda umysło­wa władz miasta nie pozwoliła im zauważyć, że źle datowali jego założenie i że Koszalin jest starszy wiele i ma obecnie najmniej 838 lat od roku jego zało­żenia czyli od 1188. Pisaliśmy już o tym. Dajmy zatem temu pokój i idźmy na tę wystawę.

     

     

    Wparowaliśmy tam nieco przed jej otwarciem. Cisza spokój, co widać na załączonych fotografiach. Równe rzędy prac o niczym. Czyli o tradycji miasta kompletnie pozbawionego tradycji. I to, co ciekawe, prac dotyczących książek. W mieście, w którym nie ma ani jednej księgarni, tylko dragstory w centrach handlo­wych, które mają tyle z prawdziwej księgarni, co woda z kałuży z wodą źródlaną. Ktoś powie, a jakże mędr­ków to mamy na kopy, jakoby: „Teraz są ta­kie nowe technologie, że książka już nam potrzebna nie jest.”. A objedźmy mniejsze miasta w okolicy i co widzimy? W Sławnie jest księgarnia naprzeciw kościoła zaraz na placu głównym. W Kołobrzegu jest księgarnia, choć wciśnięta w boczną uliczkę. W malutkim Darłowie jest księgarnia i to bardzo ładna na głównym deptaku miasta, prawie tam, gdzie dawniej była. A w Koszalinie gdzie? Nie ma. Wyparowały. Po co zatem Koszalinowi ekslibrisy?

     

     

    Otóż koszalińskie ekslibrisy są potrzebne koszalińskiej niedowar­tościowanej władzy i jej przeróżnym roześmianym w swej nieodpo­wiedzialności urzędnikom. Zobaczcie na te pięknie poukładane szare torebecz­ki zawierające... a cóż by było, gdybyśmy nie zajrzeli do ich zawartości, jaki by z nas był pożytek. A tam w środeczku po ksią­żeczce (oczywiście, że niepartyjnej, bo w liberalnym mieścidle kto by rozdawał książeczki partyjne) a i jakimś innym suwenirku dla uczest­ników (być może) konkursu i wspaniałych zaproszonych go­ści, któ­rzy w tak ujmujący sposób trwonią publiczne pieniądze na ekslibrisy, które nikomu tu do niczego się nie przydadzą, bo tu nikt nie czyta książek. Na czytającego w publicznym miejscu patrzą jak na zagroże­nie spokoju społecznego zatęchłej dziury.

     

     

    Tu czytelnictwo padło już dawno nie tylko na pysk ale na cztery litery, czyli na liternictwo służące do siedzenia. Obiło i to w iście bole­sny sposób kość ogonową, która mu przypomniała, że człowiek blisko jest z spokrewniony z małpą. A małpa nie czyta. Po co małpie książki? Po co małpom księgarnie? Po co małpom życie intelektualne? Wystar­czy, że jest wspaniała w pustocie władza, która zasponsoruje niedo­rzeczny kon­kurs na ekslibris. A na ekslibrysach rycerze i biskup grożą­cy palcem. Nie ten wódz rewolucji, wskazujący ciemnemu tłumowi drogę w przepaść, ale spokojny biskup, który każdemu powie to, co ten chce usłyszeć i łódeczka sobie spokojnie popłynie prostą drogą na ma­nowce. Mamy wszakże nowego biskupa o iście euro­pejskim stylu my­ślenia – każdy niech ma to, na co nie zasługuje. Cud stworzenia. Ale o cudach już było na wieśniaczej ulicy w naszej wspanialej stolicy a tu pogadajmy nieco o książkach.

     

     

    Po co ciemnemu narodowi książki? Ma swoje śmierćfony i łaptopy. Jest szczęśliwy w otoczeniu feto­ru głupoty technologicznej, gdzie ani jedna śrubka nawet nie pochodzi z Polski. Ale nadyma się przy tym tak, jakby samodzielnie i to bez żadnej pomocy zwłaszcza z zagranicy wynalazł koło. Oczywiście koło fortuny. A jakże. I tak wąskim strumyczkiem wpłynął zapewne na wernisaż. Zabrał przygotowane na tę okazję prezen­ciki w papierowych torbach. Mamy zimę. Oj, zima ponoć jest tego roku sroga. Nie dla nas, bo my widzieli­śmy zimy, gdzie było poniżej 40-tu stopni na minusie. A tu ledwo tylko liznęło a już larum grają. Ale będzie czym w piecu napalić, tymi darowiznami z budżetu naszego kochanego grodziska. I wszyscy będą zadowolen­i i nie będą musieli marznąć w palce jak piszący te słowa.

     

    Drogi Czytelniku, popatrz na Koszalin. Tam na północ od Wałbrzycha, Wrocławia, Poznania… To ponoć ciągle Polska? Nie jest to na kole podbiegunowym a na południu (co za cudowne słowo pełne słońca latem) Bałtyku. Tam jeździsz tyłek wywalać na piachu, bo lokalni nie mają niczego do zaoferowania oprócz tego, co sami określają w słowach: „Przyzwyczajają się do piachu.”. Co za rozkoszne myślenie domorosłego grabarza. I to obojętnie jakiej opcji. Portu nie chcą budować, choć to najlepsze miejsce na port głębokowod­ny na naszym wybrzeżu… Śpią za dnia i.. nie czytają książek. Mają za to wiszące w powietrzu ekslibrisy, któ­re posłużą pewnie do oznakowania szaletów publicznych, albo jako naklejki na banany i pomarańcze. To konsumują, bo tu konsumpcja książki spadła już prawie do zera. Nie mają wyobraźni? A jakże, mają, bo aby przybić ten ekslibris do kart książki, najpierw tę książkę muszą sobie wyobrazić. Dlatego zamieszczamy tu nieco nudystycznie i prawie plażową wersję podwójną ekslibrisu przy lampie. Wszak najciemniej zawsze pod latarnią. Ten trend dotarł już dawno do Koszalina. Pod tym względem Koszalin niczym nie odsta­je od ogólnej tendencji. To może przywróci czytelnictwo, gdy publicznie książki czytać będą rosołowe czyli roze­brane do cna z okładek panie.

     

    Z Bogiem.

     

     

    Andrzej Marek Hendzel

     

    Kosalibris pdf - 334 KB

     

    Do góry